#Opinia: O mediach w Polsce

Kolega ze studiów (BA Hons., Journalism w Londynie), w kilka miesięcy po odebraniu dyplomu, pracuje: w pełni płatnie, za miesięczną pensję i całkiem niezły hajs, w Londku. Robi dla największego, szwedzkiego dziennika. Przy wsparciu redakcji ogarnia, między innymi, wywiady z One Direction oraz Stingiem - te dwa akurat ma tylko w tym, bieżącym tygodniu.

Tymczasem polskie media, co wiem z autopsji: nie odpisują na e-maile, olewają propozycje artykułów i exclusive'ów, te większe zamykają zagraniczne placówki, nie chcą ani korespondentów, ani korespondentom płacić, nie oferują żadnego wsparcia w niczym i nigdzie. Nawet, jeśli ktoś ma znany koncern, kilka labeli, największą agencję koncertową w CV + pracę dyplomową na kierunkowych studiach z historii i zmian w MTV, pisaną przy udziale byłego dyrektora tej stacji przez 25 lat, a drugą - z historii i genezy społecznej brytyjskiego hip-hopu, zrobioną przy udziale socjologów z brytyjskich uniwersytetów, i samych artystów.

Bo i po co odpisywać, po co inwestować, po co robić ciekawe, oryginalne, fajne rzeczy - skoro można przecież wziąć na miejscu stażystę z podstawową maturą z angielskiego, który cośtam z zagranicznych serwisów podkradnie, przeduka, wyduka, i puści jako swoje? Ludzie i tak nie zauważą różnicy, a temat "będzie ogarnięty". To przecież najważniejsze. I jakoś się kręci. Ale problem jest głębszy, zdecydowanie.

Problem polskich mediów, tak, jak postrzegam to ja - z pozycji kogoś, kto od lat jest za granicą, próbuje działać w tak zwanej "branży", róznymi sposobami - jest wielopłaszczyznowy. Mam wrażenie, że idą one po linii najmniejszego oporu - i linii najniższych kosztów, osiągając przy tym coraz to wyższe poziomy ignorancji. Słyszę, jak redaktorzy mówią, że "Przy newsach zza granicy spada oglądalność, słuchalność, jest mało klików". A jakie mają być statystyki, skoro ludzie, którzy obstawiają tę zagranicę, w większości przypadków nie wiedzą, co robią, o czym mówią, czy o czym piszą? Ściągają newsy z innych portali, przeważnie tych anglojęzycznych - najczęściej wcale tak dobrze tego języka nie znając; robią to z opóźnieniem rzędu kilku dni najczęściej; piszą o sprawach międzynarodowych pomiędzy pisaniem o pieprzeniu prawicowego czy lewicowego posła, a bójkami pseudokibiców czy procesach "Mamy Madzi".

Wszystko, co odnosi się do informacji zagranicznych, czy nawet krajowych - ale dotyczących głębszych zagadnień - jest kompletnie wyrwane z kontekstu, ogarnięte po łebkach, podane w pośpiechu, w nijaki sposób i bylejakiej formie. To widać, jak to jest robione na odpieprz - ludzie, odbiorcy też to czują. Trudno, żeby było zainteresowanie sprawami zagranicznymi, czy potrzeba dotarcia do głębi spraw, skoro nikt nawet tego porządnie nie robi w mediach: nikt ludzi nie edukuje, a ludzie sami nie mają dokąd się zwrócić, by być wyedukowanymi.

To samo jest z muzyką - jest parę blogów, które robią to dobrze, ale nikt ich nie cytuje, nie linkuje, wśród tych z mainstreamu. One stanowią same sobie oddzielny organizm, niezwiązany z głównymi mediami obieg, zamknięty, niezależny ekosystem, przez co ich siła i zasięg są dosyć mizerne, w porównaniu do tego, co robią i co mogą osiągnąć medialne kolosy, faworyzujące wzbijanie obłoków z pierza, bicie piany i puszczanie pary w gwizdek.

To wszystko jest do zmiany, do poprawy, i tę sytuację można rozwiązać - tylko ktoś musi zrobić ten pierwszy krok, i zmienić ten trend. I nie, ja nie zrobię tego, przynajmniej nie sam - bo nie mam odpowiednich warunków finansowych. Staram się to robić od lat, samodzielnie, na swoim poletku - ale na własną rękę gór nie przeniosę. Mogę co najwyżej być sobie takim właśnie blogiem, pisać dobrze, szczerze, z pasją, oddaniem i sercem, i być czytanym przez kilka czy kilkanaście tysięcy osób. Próbowałem zmienić rzeczywistość, zwracać się do wielu osób: niestety - odbijam się od ściany, i to do tego stopnia, że już powoli mi się podbijać ten biało-czerwony świat odechciewa.

Bo z perspektywy insidera to wygląda tak: gdzieś jest granica, której bez hajsu nie przeskoczysz. Ten hajs jest potrzebny na dobrą realizację materiałów, podróż do X czy do Y, research; na telefony, zakwaterowanie gdzieś, wyżywienie; na dobry sprzęt do realizacji materiałów, i jakieś ciuchy, żeby np. do ważnych ludzi nie popierdalać w T-shircie i poprzecieranych jeansach. Potem - na nagłośnienie tego, i dotarcie do ludzi, bo Internet to jeden wielki szum, z którego ciężko cokolwiek wyłowić. Samo high-quality, dobra jakość, wcale nie gwarantuje sukcesu/bycia dostrzeżonym, opieranie się na samej jakości to ruletka kompletna, można być wyłowionym przypadkowo, a można trzaskać zwalający z nóg content, i latami być kompletnie pomijanym przez innych. Ten hajs, którego właśnie tak bardzo potrzeba, żeby wszystko się kręciło i miało formę i jakość, mają media w mainstreamie: czy to radio, czy TV, czy wielkie portale. Te jednak z kasą nie bardzo chcą się żegnać, ludzie siedzący w ich zarządach często mają średnią po 50 lat i więcej, i szlifowali światopogląd i skill set głęboko w poprzedniej epoce, tam też po dziś dzień mentalnie pozostając. Trzeba albo nowych, inaczej myślących ludzi na wysokich stanowiskach, albo jakiegoś filantropa, żeby to wszystko zmienić u podstaw. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi?

Cały problem pojawia się w momencie, kiedy dziennikarstwo staje się biznesem - a nie źródłem przekazywania informacji. To już trochę etyka, jak kto do czego podchodzi, i co jest głównym, przyświecającym mu celem. Ludzie zapewne lajkowaliby i inne rzeczy, niż sex/gore/przemoc/sensacja/golizna/flaki/przestępstwa/tragedie/skandale. Wrzucanie tematów brukowych to wspomniana wcześniej, na początku arta, linia najmniejszego oporu: wymaga najmniej inwencji, najmniej wysiłku, zarówno ze strony (od)twórcy jak i odbiorcy, najmniejszych nakładów finansowych i intelektualnych, bo odwołuje się do najniższych, pierwotnych instynktów - jednocześnie gwarantując mocną reakcję, bo tak działa człowiek i taka jest ludzka natura.

Żeby dostać 500 lajków z artykułem o kulturze, historii, ekonomii, socjologii, polityce (mówię o polityce, nie tej grze w bierki czy cymbergaja, ktorą uprawiają "politycy" w Polsce), czy jakiejkolwiek innej dziedzinie, trzebaby się natrudzić dużo więcej i włożyć w to dużo więcej kosztów. To, że kogoś, kto tworzy rzeczowo ludzie cenią, szanują, pamiętają przez długie lata, zdaje się już nikogo nie obchodzi w epoce artów o dzieciobójstwie, obmacywaniu cycków laskom w klubach pokątnie i wrzucaniu tego na Instagrama, czy innych, naruszających normy kulturowo-obyczajowe doniesień. Bogusław Wołoszański, Bogusław Kaczyński, Hirek Wrona, Wiktor Niedzicki, Marek Wiernik, Marek Niedźwiecki, to tylko kilka nazwisk. Kto z obecnego pokolenia 20-parolatków zajmie ich miejsce? I - co ważniejsze - gdzie tacy ludzie mają w ogóle zaistnieć?

Z pozdrowieniem i dedykacją dla Redaktorów Naczelnych, Dyrektorów Programowych & Co.,

Nieco zawiedziony, mocno rozczarowany, i ostro zniesmaczony tym całym cyrkiem,

Dynamitri

Komentarze

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>