Miley Cyrus rasistką?

OK, bądźmy poważni. Chociaż przez chwilę.

Miley Cyrus nie przestaje szokować. Poniekąd to dobrze, bo plan marketingowy, związany z wydaniem nowej płyty "Bangerz" (premiera 4. października, miejcie to na uwadze), wypełnia na szóstkę. Co jednak - mam wrażenie - umyka większości ludzi w Polsce, niestety, to fakt, że obywa się to w oparach o nieprzyjemnym zapachu kulturowego zawłaszczania - będącego, mimowolnie, dalekim echem segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych.

Stąd ta czkawka.

Bo dla większości świata, przynajmniej tego nie-postkolonialnego, gdzie kwestia niewolnictwa/segregacji/społeczeństwa głęboko klasowego, i tak dalej, nie jest problemem - Miley Cyrus szokuje: tyłkiem na VMA, cyckami na iHeartRadio, czy jęzorem wywalonym na niezliczonej ilości mniej (lub bardziej) pozowanych zdjęć.

Ale to tylko jedna strona medalu.

O drugiej, niestety, mówi się w Polsce niewiele (a szkoda, bo jest muzycznie i socjologicznie ciekawa). Mówi się za to, całkiem sporo, w Stanach Zjednoczonych - choćby tutaj (HuffPost Music), tutaj (PolicyMic), na Hollywood Gossip, pisał o tym The Vulture, wspominał też brytyjski Guardian i VICE.

Głównym powodem, dla którego temat ten jest omijany w Polsce jest - myślę - trudna do zrozumienia, w kraju o kompletnie innej historii, i - wskutek tego - innej, społecznej wrażliwości, specyfika zagadnienia. Ta druga strona poczynań Miley Cyrus z ostatnich kilku tygodni, to bowiem - jak to postrzegają niektórzy w USA - wykorzystywanie przez białą, zamożną dziewczynę z wyższej klasy średniej i bogatej dzielnicy Nashville w stanie Tennesee, i jednocześnie córkę jednego z najpopupularniejszych muzyków country w historii (ponad 50 milionów sprzedanych albumów na koncie), elementów kultury afroamerykańskiej. To nagły zachwyt i lansowanie twerkingu, to niespotykane zainteresowanie brzmieniami R'n'B (wywodzącymi się, wszakże, z bluesa); to uprzedmiatawianie Afroamerykańskich tancerek w trakcie występów - i redukcja ich do formy obiektów seksualnych tylko i wyłącznie; to grillzy, skórzane kurtki i okulary przeciwsłoneczne jednocześnie. To posługiwanie się przez białą dziewczynę afroamerykańskim slangiem ("They're my homies" - "To moje ziomki", jak to powiedziała w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów), przez co redukuje afroamerykański slang - a tym samym i osoby nim operujące w życiu codziennym - do bezwolnych obiektów, pionków za pośrednictwem których toczy bitwy na showbusinessowej szachownicy.

Co ciekawe, podobne głosy można było usłyszeć pod koniec lat '90-tych w przypadku Eminema - dziś jednego z najlepiej sprzedających się, i najbardziej szanowanych w środowisku, raperów w historii. Eminem jednak udowodnił szacunek, jaki ma dla hip-hopowej kultury, i niesamowite umiejętności - zarówno składania tekstów, jak i rymowania samego w sobie. Miley Cyrus…? Podchodzi do tego wszystkiego z kompletnie odwrotnej strony, i zupełnie inaczej.

Pytanie, czy ten rykoszet, którym - według niektórych - obrywa społeczność Afroamerykańska, przy okazji wydawania nowej płyty Miley, jest zamierzony? Obstawiam, że nie. Jest to jednak efekt uboczny całej tej olbrzymiej, multimedialnej machiny promocyjnej, której wszystkich aspektów, i reakcji nań, ktoś gruntownie nie przemyślał.

Lawina już poszła. Płyta wychodzi za 2 tygodnie. Mam jednak nadzieję, że ktośtam jeszcze się w porę zreflektuje - byłoby to istotne zwłaszcza w przypadku USA. Bo to w Stanach właśnie, których to sprawa ta bezpośrednio dotyczy, nieumiejętnie poprowadzona kampania może osłabić premierę płyty - skądinąd zapowiadającej się całkiem nieźle, z produkcjami Mike WiLL Made Ita i Pharrella Williamsa. Jak dla mnie, to jest trochę reakcja na wyrost, i zdeka political correctness gone mad. Z drugiej strony - mając jakąś znajomość amerykańskich realiów, historii i społeczeństwa, częściowo głosy oburzenia rozumiem.

PS Całkiem dobry artykuł na temat tego, jak Miley Cyrus odbierana jest w Stanach, pełen odnośników, linków i odsyłaczy pozwalających głębiej zbadać temat, w wersji angielskiej znajdziecie TUTAJ. Polecam.

Komentarze