a-ha "Take On Me" – historia utworu

Często lubię wracać do starych przebojów — być może dlatego, że kiedyś mimo - a może właśnie "z powodu" - ograniczeń technicznych, piosenki przede wszystkim "pisano". Dziś zaś muzykę się - po prostu - robi. Dzięki podejściu innemu od współczesnego, muzyka, zwłaszcza ta późnych lat '70-tych, '80-tych i '90-tych, pełna jest zapadających w pamięć riffów, licków, pozostających w głowie motywów, których na próżno szukać w dzisiejszych wydawnictwach. Jeden z takich właśnie motywów ma Take On Me - największy przebój norweskiego zespołu a-ha.

Take On Me było pierwszym singlem wydanym przez norweskie trio. Zanim jednak udało się mu osiągnąć sukces (#1 w Australii, Belgii, Holandii, Niemczech, Włoszech, rodzimej Norwegii, Szwecji, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, #2 w Wielkiej Brytanii), kompozycja była wydawana jeszcze 2 razy. Dopiero trzeci rzut, w 1985 roku, poskutkował tym, że utwór "zaskoczył" i wspiął się na szczyty list przebojów.

Historia kompozycji zaczęła się jednak dużo wcześniej. Pål Wakataar i Magne Furholmen, (dwójka z trio, jakim ostatecznie stało się a-ha), zaczęli swoją karierę muzyczną w zespole Bridges. Towarzyszyli tam im Viggo Bondi oraz Øystein Jevanord. W 1981 roku zespół nagrał album Fakkeltog, na którym produkcja oraz kompozycja była w pełni dziełem członków grupy. Na tym jednak zakończyła się historia zespołu, bo członkowie w krótko po wydaniu płyty zdecydowali się pójść osobnymi ścieżkami.

Prawie wszyscy. Waaktaar i Furholmen trzymali jednak wciąż sztamę razem, i wspólnie przeprowadzili się do Londynu, gdzie zapragnęli poszukać szczęścia (i sukcesu) na scenie muzycznej. Po pół roku bezowocnych działań, odbijania się od ściany, całowania klamek i generalnie bijących po twarzy rozczarowań, wrócili z podkulonymi ogonami do rodzimej Norwegii. Tam wpadli na Mortena Harketa, którego wokal wyjątkowo mocno przypadł im do gustu — tego samego Mortena, który stał się ostatecznie kultowym i charakterystycznym głosem zespołu.

W chwili, gdy Morten poznał Påla i Magne, działał w mało znanym i nieco zapomnianym zespole Souldier Blue - jednak działalność tej grupy była dla Harketa mocno frustrująca, głównie ze względu na brak odpowiedniej dynamiki w rozwoju kariery zespołu, przez co zdecydował się on opuścić jego szeregi i dołączyć do duetu Waaktaar/Furholmen. Cała trójka chłopaków zabrała się ostro za pisanie piosenek, nagrywanie i pracę nad demówkami. Jednym z owoców tej współpracy był utwór Lesson One, mocno surowa i pierwotna wersja Take On Me.

Już tutaj słychać charakterystyczny, syntezatorowy riff, zagrany ostatecznie na analogowym, polifonicznym syntezatorze subtraktywnym Roland Juno-60, wpiętym w Yamahę DX7 - będącą, z kolei, syntezatorem operującym na syntezie FM.

8ca50dfc3b6b950e6b8a0a60da909a22,641,0,0,0

793e5ad19c6ec2d069cbc3eae4237d7a,641,0,0,0

Kształt utworu zaczął się więc zarysowywać już wówczas - ale na drodze do sukcesu był to dopiero początek. Cała trójka zdecydowała się podjąć ryzykowny krok i wrócić na jakiś czas do Wielkiej Brytanii, gdzie wynajęli wspólnie mieszkanie w jednej z dzielnic Londynu. Pobyt na Wyspach był ściśle związany z kolejną próbą podbicia zachodniego rynku muzycznego - do czego pierwszym krokiem było obdzwanianie wytwórni płytowych i wydawnictw muzycznych.

Po kilku spotkaniach z najrozmaitszymi garniturami z działów A&R, zespół zdecydował się podpisać umowę z wydawnictwem Lionheart. Z kontraktem w kieszeni, trójka chłopaków wróciła do Norwegii, by trochę dorobić pracując poza przemysłem muzycznym. Po powrocie do Wielkiej Brytanii… Opuścili Lionheart - jak sami przyznają w wywiadach "z powodu frustracji, wywołanej brakiem poświęcenia im należytej uwagi". Jak się bowiem okazuje, wydawnictwo miało ogromne problemy finansowe (to raz), a dwa - nie do końca doceniło potencjał tkwiący w norweskim zespole. Lionheart nie tylko nie zrobiło z niego priorytetu, ale generalnie kompletnie ich zignorowało, nie zapewniając im ani promocji, ani wywiadów, ani jakiejkolwiek sensownej obecności w mediach.

Po opuszczeniu wytwórni, chłopaki z a-ha zdecydowały się nagrać nowe demówki, tym razem pod okiem niejakiego Johna Ratcliffa. Ten stał się łącznikiem pomiędzy zespołem, a managerem Terrym Slaterem, który to - po ukończeniu kolejnej serii nagrań demo (w tym i nowej wersji Take On Me) - zapewnił grupie kontrakt z Warner Bros. Records.

Kolejnym krokiem było spotkanie z Tonym Mansfieldem - ekspertem od wciąż relatywnie nowych wówczas instrumentów, jakimi były syntezatory. Z jego pomocą zespół podkręcił brzmienie utworu mocno podbijając jego aspekt elektroniczny. Co zaskakujące z perspektywy dnia dzisiejszego, gdy możemy spoglądać na całą karierę zespołu, ten remake niezbyt podobał się członkom grupy. Zdecydowali się oni więc na jeszcze jeden, kolejny, remiks.

Gdzieś po drodze pojawił się pomysł na wydanie Take On Me jako singla w pierwotnej wersji. Utwór ukazał się w Wielkiej Brytanii, ale został kompletnie zignorowany przez odbiorców. Mimo to, Warner Bros. nadal widziało w numerze potencjał. Grubym rybom z głównej siedziby wytwórni w Stanach Zjednoczonych spodobał się on na tyle, że postanowili oni pokryć koszta związane z kolejną sesją nagraniową, w trakcie której utwór został jeszcze raz odświeżony - tym razem przez Alana Tarneya. Niestety, w przeciwieństwie do garniturów za oceanem, szychy z Wielkiej Brytanii generalnie olały sprawę, popełniając ten sam błąd co wcześniej Lionheart, i nie zapewniając odpowiedniej promocji. Przez to drugi już z kolei rels siadł jak zakalec… Przynajmniej w Europie.

Co ciekawe, w Stanach Zjednoczonych kwestia wyglądała inaczej - grupa stała się jednym z priorytetów w biznesplanie na przełom połówek lat '80-tych. Zespół był dla Warner Bros. istotny do tego stopnia, że postanowili oni zainwestować poważne pieniądze w rewolucyjne na ówczesne czasy video do Take On Me, wykorzystując, w warstwie dźwiękowej, skalaną nieco europejską porażką, wersję Tarneya.

Singiel ukazał się w Stanach Zjednoczonych w miesiąc po pojawieniu się wideoklipu. Jemu warto poświęcić osobną uwagę, gdyż stał się wielkiem przebojem. Kiedy został wypuszczony, trwał 5. rok obecności MTV na rynku - stacja zdążyła więc już nabrać rozpędu, wciąż jednak była głodna dobrych i ciekawych teledysków. Finalny klip do Take On Me był całkowicie nową jakością w kwestii obrazów towarzyszących muzyce, więc w zapotrzebowanie telewizji muzycznej wpasowywał się idealnie.

Reżyserią teledysku zajął się Steve Barron, odpowiedzialny również za Money For Nothing Dire Straitsów, Temptation i Let Me Go Heaven 17, Africa Toto, czy Billie Jean samego Michaela Jacksona. Klip został nakręcony w Kim's Cafe, kawiarni w londyńskim Wandsworth (dziś kawiarnia ta nazywa się Savoy Cafe), oraz w hali zdjęciowej, również na terenie Londynu.

Jednym z głównych atutów teledysku było zastosowanie animacji rotoskopowej - techniki umożliwiającej zamianę filmu aktorskiego na film animowany, poprzez ręczne, klatka po klatce, odrysowanie występujących na filmie form. W ten sposób stworzono blisko 3'000 klatek filmu, co odpowiadało blisko 125 sekundom obrazu. Cały proces trwał, bagatela, aż 4 miesiące. Klip był na tyle nowatorski, że w rok później - na MTV Video Music Awards, kiedy statuetki te miały jeszcze jakieś znaczenie - zgarnął aż 6 nagród, potencjalnie mając szansę na aż 8 (w dwóch kategoriach jednak przegrał - "Najlepszy Teledysk Zespołu" oraz "Teledysk Roku" - co ciekawe, w obu przypadkach przegrał z wspomnianym wcześniej Money For Nothing tego samego reżysera).

Klip jednak na stałe zapisał się na kartach popkultury - a efekt można obejrzeć poniżej:

Po wypuszczeniu teledysku zaczęło się prawdziwe szaleństwo: #1 jak Europa długa i szeroka, szczyt listy przebojów w Stanach Zjednoczonych (w przypadku zespołu skandynawskiego to fenomen, ewenement i w ogóle rzecz kompletnie niesłychana), a także ponad 7'000'000 sprzedanych egzemplarzy singla na świecie - co zagwarantowało grupie miejsce wśród najlepiej sprzedających się singli w historii.

Na koniec kilka słów dla podobnych mi fanatyków muzycznej analizy. Take On Me napisane jest w skali A-dur, i operuje na tak zwanych "akordach diatonicznych" - czyli takich, które zamykają się w granicach wyznaczonych przez tę skalę. Podobnie, jak większość muzyki pop, utwór ma takt parzysty - konkretniej mówiąc, metrum 4/4 (z powodu jego częstego występowania, angielska terminologia muzyczna określa je mianem common time, w wolnym tłumaczeniu: "metrum powszechne"). Co ciekawe jednak, i na co warto zwrócić uwagę, tempo utworu to aż 170 BPM (uderzeń na minutę). Jest to bardzo szybkie tempo jak na muzykę rozrywkową. Dla porównania: hip-hop zazwyczaj ma około 90-120 BPM, zaś house - od 120 do 140 BPM. Wokal Mortena Harketa w utworze rozciąga się na przestrzeni 2.5 oktaw, gdzie najniższą nutą - słyszaną na początku refrenu - jest A2 (według amerykańskiego, naukowego zapisu nutowego, gdzie "c razkreślne" to "C4"), zaś najwyższą - E5, pod koniec refrenu. Rozpiskę odnośnie progresji akordów w utworze można zaś znaleźć poniżej - kolejno: zwrotka, refren i bridge, czyli mostek. Na wykresie widać odwołanie w progresji akordów do klasyki, konkretnie: "progresji z lat '50-tych". Pojawia się ona w najrozmaitszych utworach nad wyraz często. Ale to już temat na całkowicie osobną historię…

e0ed0c648c0cdeb63138bad8e8f67db5,641,0,0,0

Komentarze